Osiemnastoletnia nauczycielka

by Beata on 8 czerwca 2018

Historia najczęściej postrzegana jest jako szereg nazwisk, dat, czy wydarzeń, które doprowadzają do przesunięcia granicy w ten czy inny sposób. Tak rozumianej historii brak jednak czysto humanistycznego wymiaru.  Jeśli jednak spojrzymy na historię, jako na zbiór opowieści o losach zwykłych ludzi, o ich drobnych radościach i smutkach, łatwiej będzie nam zrozumieć jej ludzki, humanistyczny wymiar.

 

Ojciec Elżbiety, Antoni Jerszyński, był kolejarzem. Po wojnie został skierowany do pracy w Pile. Przyjechał tu sam. Żona z dwójką dzieci została w Nakle. Pani Elżbieta nie pamięta, który to mógł być rok, ale musiało to być krótko po zakończeniu działań wojennych, bo na deportację czekali niemieccy, przedwojenni mieszkańcy Piły a w innej części miasta stacjonowali żołnierze radzieccy. Czasy były na tyle niebezpieczne, że wielkopolscy kolejarze początkowo spali z kolegami ( w pięciu) w domu położonym blisko dworca kolejowego, w okolicach dzisiejszej ulicy Kolejowej. To były czasy „szabrowników”, którzy okradali porzucone nierzadko z pełnym wyposażeniem niemieckie domy. Kolejarze, którzy przyjechali tu z poznańskiego brali dyżury dzienne i bali się chodzić po mieście w nocy.  Sporo miesięcy upłynęło, zanim odważyli się zasiedlić należne im z przydziału domy. Ale nawet wówczas, dla bezpieczeństwa, decydowali się dzielić je z innymi polskimi rodzinami. Mama pani Elżbiety, dołączyła do męża dopiero po dwóch latach jego pracy w Pile.

 

Wśród Polaków, którzy po wojnie zasiedlali ziemie odzyskane, panowało głębokie przeświadczenie, że Niemcy wrócą na nie wcześniej czy później, przez co życie tu wydawało się im bardzo niebezpieczne. Takie przeświadczenie musiało długo pokutować również w umysłach władz. Ponieważ jak zgodnie powtarzają ówcześni mieszkańcy Piły, bardzo długo nie odbudowywano miasta a wszystkie cegły, pozyskane z rozbiórki zrujnowanych domów, wywożono pociągami do odbudowywanej Warszawy.

 

Gdy przyjechała z mamą i bratem Henrykiem do Piły, rozpoczęła naukę w gimnazjum, które mieściło się w budynku obecnej szkoły gastronomicznej. Miasto było zniszczone. Jej zdaniem, centrum nawet w 80%. Pamięta, że chodniki były odgruzowane, ale wzdłuż ulic stały szkielety domów. Tylko gdzieniegdzie spotkać można było ocalałe budynki. Wspomina przypadek, gdy jeden z balkonów spadł i śmiertelnie przygniótł dzieci idące do szkoły. – Piła wydała mi się piękna, dopiero wówczas, gdy pierwszej zimy spadł śnieg i przykrył gruzy- opowiada pani Elżbieta. – Jako dziecko, wyobrażałam sobie, że widzę tam zamki i cudowne krajobrazy.

 

Jak wyglądało codzienne życie w tak zrujnowanym mieście?

Jak opowiada pani Elżbieta, radzili sobie w tych trudnych czasach, dzięki żyłce handlowej jej mamy. To ona kupowała na wsi od krewnych świnkę, czy barana i potrafiła z pomocą sąsiadów przerobić je na wędliny i inne  przetwory. To zapewniało im wszystkim jedzenie na dłuższy czas. Na placu, przed dzisiejszym hotelem Rodło,  było targowisko. Rolnicy na wozach przywozili mleko, sery czy ziemniaki. Chleb kupowało się bezpośrednio z piekarni. Jedną z pierwszych miał pan Nowak na ul. Bieruta (dziś 11.listopada). Ubrania, zarówno damskie jak męskie, spódniczki,  po płaszcze, szyła, lub raczej przerabiała krawcowa. Jeśli było z czego, śmieje się pani Elżbieta. – Gdy dorastałam, mamusia musiała mi oddać spódnicę, bo miała dwie a ja nie miałam w czym chodzić. Taką plisowaną granatową spódniczkę nosiłam całe gimnazjum i liceum, aż do matury a później odsprzedałam ją córce sąsiadów, która zaczynała naukę w gimnazjum. Obok domu był budynek pralni. Pościele i ręczniki gotowało się w ogromnym metalowym kotle, pod którym mieściło się palenisko. Nie było pralek, więc odzież prało się „na tarce”. Takie to były czasy- wspomina. Po wojnie cieszyliśmy się, że żyjemy i nie odczuwaliśmy, że czegoś nam brak.

Osiemnastoletnia nauczycielka

Pani Elżbieta wspomina, że któregoś dnia na lekcję przyszedł dyrektor Gruchała i powiedział im, że brakuje nauczycieli a dzieci przybywa. Zachęcał by pójść na kurs dla przyszłych nauczycieli. Więc zgłosiły się w trzy – Tola, Maryla i ja.- opowiada. Pojechały do Wągrowca i w ciągu 6 tygodni, jak dziś mówi trochę liznęły pedagogiki i psychologii. Bezpośrednio po tym kursie dostała nakaz pracy do szkoły w Czarnkowie, ale że już w trakcie kursu pracowała jako niewykwalifikowana nauczycielka w Pile, dyrektorka upomniała się o nią. Jako 18-19 letnia dziewczyna, została nauczycielką w „dwójce”, jednocześnie kontynuując naukę w liceum. Później zrobiła „maturę pedagogiczną” w Poznaniu. Męża, Hieronima poznała jako licealistka, na potańcówce w pilskim technikum mechanicznym.

Niewiele osób miało w domu aparat fotograficzny. Zdjęcia robiło się u raczej fotografa, w studio, więc większość z nich jest pozowana i upamiętnia jakieś wydarzenia. Na ich ślubnym zdjęciu widać, rząd dziewczynek w bieli. To uczennice z pierwszej klasy, której pani Elżbieta była wychowawczynią. Praca tak młodej nauczycielki musiała być trudna. Podstaw metodyki i dydaktyki nauczyła się na kursie, reszty dowiadywała się od starszych koleżanek. O pomocach dydaktycznych, lepiej nie wspominać. Dzieci pisały na lewej stronie niemieckich druków, bo nie było zeszytów. Pani Elżbieta pracowała w Pile, jako nauczycielka, do emerytury. Tu urodzili się jej dwaj synowie. W tym roku obchodzili z mężem 60 rocznicę ślubu.

Niemców przed wywiezieniem zgrupowano w dzielnicy, którą pani Elżbieta nazywa Elisenau (dzielnica Piły, położona w północno-wschodniej części miasta) Jej mama znała język niemiecki i mogła z nimi handlować. Za słoninę, kupowano od nich od nich meble, porcelanę, czy sztućce.